mybodythehandgrenade blog

Twój nowy blog

omijam wszystkie miejsca, w ktorych moglibysmy sie spotkac. definitywnie. od wczoraj probuje usunąć twoj numer telefonu. jestem zmęczona.

ludzie są mną zmęczeni. czuli się zobowiązani. już nie są, i pewnie się nie czują. też się czuję coraz mniej zobowiązana. wszystko zmierza ku szczęśliwemu.
męczy mnie akustyka w nowym mieszkaniu, tyle życia zewsząd, po rurach, przez ściane, przez wode. to nie na moje gotyckie izmy. współlokator myje sie dłużej niż zwykle, najpewniej doprosił się o laske.
prosić się o laskę, ja pierdolę.

.

Brak komentarzy

centrum interwencji kryzysowej. najbliższy termin: wrzesień. piekłopiekłonieprzestało.

tabletki cudownie odchudzające. tabletki cudownie zapominające. i krople na żołądek w roli proustowskich magdalenek.

.

Brak komentarzy

zasnąć w trakcie samounicestwiania, 50godzinny tydzien pracy ratuje zycie.

.

Brak komentarzy

kupiłam dzisiaj frugo, wciąż jest chujowe, chcialabym byc bardziej zrzeszona a tymczasem nie należę nawet do pokolenia frugo, chuj.

.

1 komentarz

po raz pierwszy w zyciu sie przeprowadzilam. jedyna refleksja, co oni zrobią z tym milionem zbędnych rzeczy, kto się tym zajmie, i czy to duży klopot, że kiedy się umiera, zostawiamy po sobie milion zbędnych. po raz pierwszy w życiu nie mam wlasciwie domu, i czuje się, po raz pierwszy, jak w domu.

plusy. mniej obchodzi mnie świat bez ciebie, więc wyjątkowo dobrze sypiam, nie mając tego całego świata bez ciebie w głowie. nauczyłam się czterech słów po baskijsku, nie uwzględniając liczb od 1 do 10, bo jeśli już miłość, to tylko rewolucyjna. poziom lęku reguluję oglądając dużo krwi niezawinionej do porannych płatków z mlekiem. brak instynktu samozachowawczego, bo do samozachowania nie mam nic. paru przyjaciół mniej,bo to dla nich zbyt trudne, rozumiesz dla nich, trudne, zbyt.

zamknęłam pokrywe opiekacza na kciuku, bo przesypiam 90% czasu w którym oficjalnie nie sypiam. pirazydrzwi, żyję kilkanaście minut dziennie, tyle jestem w stanie znieść.

moje socjalizacje, piękne katastrofy. ćwiczyć subtelności, oddać książki, zrealizować recepty. korzystać z dopaminowego haju, dorosłości. mieć na uwadze i wziąć pod rozwagę: zbliżające się dedlajny, stężenie owadów w wiosennym powietrzu, stężenie idiotek w zaprzyjaznionym instytucie, weltszmercu we krwi, kofeiny w drżeniu rąk.

i nie będą nam czeskie muchy bzykać polskich komarów (być może mój blisko 5godzinny i 0,5litrowy protest nie został wysłuchany przez strony (mało)zainteresowane, ale przynajmniej JA bawiło się świetnie. potem JA wstało z napuchniętą twarzą, ale to bardziej na poczet ogólnej kondycji zasraności świata idącej w parze z rezygnacją z jej kwestionowania).

moja miłość do planowania wypełnia i wyczerpuje sferę potrzeb emocjonalnych. zapisuję każdy krok w specjalnym zeszycie, łącznie z krokiem do toalety, przy każdej czynności mam pusty kwadracik, który koloruje na czarno, jeśli tylko uda mi się jakąś czynność wykonać. na chwile obecną moj lebenswelt jest pełen pustych kwadracików, kolejnych stron, i coraz bliżej planom zakupu nowego zeszytu.

oczywiście, istnieje też dobro.

piątek, tydzień do końca świata. kolaboruję z rzeczywistością, chodzę na seminarium, patrzę na chłopców.  niestety nie wiem co się robi w miejscach publicznych z rękoma: kupuję więc kawę z automatu, oblewam się wrzątkiem, i – kamien z serca, mam co ze sobą zrobić.
dla rozrywki rozwiązuję krzyżówki i udzielam porad sercowych. udzielam. porad. sercowych. upijam się regularnie przed dwunastą, bo wyrosnięte feministki o 13stej pędzą do swoich słodkochrapiących, słodkopierdzących.
nie robię rachunków sumienia, stoję na przegranej pozycji. kiedy postanowilam, szczerą chęcią i słabą wolą, przestać być rozwydrzonym dzieciakiem, upilam się, obrazilam, zostalam wyprowadzona przez osobistego bodygarda.
osobisty bodygard pewnego razu upuscil mnie na chodnik głową w chodnik.
przez tydzien mialam zawroty glowy ktore po wpisaniu w google nijak nie chcialy dac wyniku: rak.
więcej więc palę.
pozuję do obrazu w błękitach popijając ciepłe piwo marki vip, paląc dużo papierosów marki camel. pan arysta, na ostatnim piętrze blokowiska w ktorym zdarzalo mi się kiedys pomieszkiwac, skladuje śmieci z calego osiedla, duzo mowi, a ja odgryzam sobie rytualnie język. boli.
mam bilet na wyspe na ktorej depresje zwykl leczyc sam bernhard i do miasta w ktorym depresje mają tylko obsceniczni bezwstydnicy, a ja mam w zwyczaju wstydzić się regularnie; siedząc pod palmą, popijając malagę, zagryzając papryczkami jalapenos, wypatrując afryki myśleć będę o tym całym weź się w garść, wstań z łóżka, umyj zęby.
i mam nadzieję nic nie wymyślić.

rzuciłam prace, upiekłam ciasto. ostatni raz mialam zycie emocjonalne kiedy usiadł na mnie szerszeń.


  • RSS