piątek, tydzień do końca świata. kolaboruję z rzeczywistością, chodzę na seminarium, patrzę na chłopców. niestety nie wiem co się robi w miejscach publicznych z rękoma: kupuję więc kawę z automatu, oblewam się wrzątkiem, i - kamien z serca, mam co ze sobą zrobić.
dla rozrywki rozwiązuję krzyżówki i udzielam porad sercowych. udzielam. porad. sercowych. upijam się regularnie przed dwunastą, bo wyrosnięte feministki o 13stej pędzą do swoich słodkochrapiących, słodkopierdzących.
nie robię rachunków sumienia, stoję na przegranej pozycji. kiedy postanowilam, szczerą chęcią i słabą wolą, przestać być rozwydrzonym dzieciakiem, upilam się, obrazilam, zostalam wyprowadzona przez osobistego bodygarda.
osobisty bodygard pewnego razu upuscil mnie na chodnik głową w chodnik.
przez tydzien mialam zawroty glowy ktore po wpisaniu w google nijak nie chcialy dac wyniku: rak.
więcej więc palę.
pozuję do obrazu w błękitach popijając ciepłe piwo marki vip, paląc dużo papierosów marki camel. pan arysta, na ostatnim piętrze blokowiska w ktorym zdarzalo mi się kiedys pomieszkiwac, skladuje śmieci z calego osiedla, duzo mowi, a ja odgryzam sobie rytualnie język. boli.
mam bilet na wyspe na ktorej depresje zwykl leczyc sam bernhard i do miasta w ktorym depresje mają tylko obsceniczni bezwstydnicy, a ja mam w zwyczaju wstydzić się regularnie; siedząc pod palmą, popijając malagę, zagryzając papryczkami jalapenos, wypatrując afryki myśleć będę o tym całym weź się w garść, wstań z łóżka, umyj zęby.
i mam nadzieję nic nie wymyślić.
odzyskałam instynkt samozachowawczy, dystans do ciebie i pięć z
dziesięciu straconych kilogramów. dziś boli mnie głowa, puchną mi palce
a kiedy wchodzę do kibla ściągam okulary, bo jestem kacowym estetą.
zasadniczo, bo zawsze chciałam mieć jakieś zasady, zakochuję się
tylko w barmanach i wódce. wspomniany romans bywa bolesny dla co mniej
odpornych przodownic biurowych, które, nie potrafiąc się zachować,
krzyczą do napotkanych kobiet 'kocham cię!' i inne przekleństwa, nie
sprawdzając zawczasu, czy wspomniana kobieta nie jest czasami chłopcem
o anielskim głosie, na szczęście przodownicy biurowej, stuprocentowym
pedałem.
swoją drogą, odkryłam że ludzie nie lubię mnie tylko dlatego, że kradnę ich leki.
wielkie mi mecyje ;>
w życiu rodzinnym od pewnego czasu nie wolno mi jeść kompulsywnie,
używać keczupu, kłaść czekolady na pizze oraz sypiać z klinicznymi
idiotami. nocami uczę się hiszpańskiego popijając porto. kiedy zbliża
się kryzys przeglądam oferty psychoterapii odrzucając oferty bez
zdjęcia. szukam kogoś w typie brucea willisa, bo mam ochotę dostać w ryj.
sobota. umilam sobie czas strzelaniem z igristoje w młodzież wszechpolską, całującą mnie w rękę. popijam leki nasenne winem fantazjując, że kiedyś mi zabronisz. ale jeszcze nie teraz: teraz wypełniam czas pozostały do spotkania przyziemiem, farmakologią, mikrohistoriami nie-miłosnymi.
wtorek. dopijam pollitrowego drinka i staram się nie wypadać z ram wiecznego zdziwienia. staram się nikogo nie urazić, liczbę histerii ograniczając do jednej i pół tygodniowo. melodramatycytuję. chcę do mamy. chcę do barcelony.
niedziela. chcę się wyspać. mieszam wszystkie możliwe alkohole, w lokalu o reputacji conajmniej tak dobrej jak moja. po rosyjsku, niemiecku, angielsku i w paru innych, niewymyslonych jeszcze językach, próbuję wyjść na jeszcze większą idiotkę, bo, w gruncie rzeczy, nie stać mnie na tekilę i cały ten glamour (dyskurs to migotanie pozbawionych treści sensów, które powstają z glamouru długo podgrzewanego nad płomieniem czarnej zawiści).
błogosławione kobiety otwierające swoje drzwi i ramiona w środku nocy, ramiona niosące kiwi i dropsy, błogosławiony ich przenikliwy umysł, ich weź od razu sześć, weź sześć.
błogosławieni taksówkarze dowożący do kobiet. i śnieg z deszczem, ktory zapowiada wiosnę przez szybę. błogosławione interwencje kryzysowe i kryzysowe recepty. wszystkie śmierci w bikini. złudzenia, że przecież jest normalnie, bogiem sławione, tłuste włosy i podkrązone oczy.
gapię się w sufit i liczę czas do końca. gapię się w ścianę i chcę żebyś za mnie policzyła. jesteś aniołem nasennym z wadą zgryzu. czytasz kryminały i traktujesz się tak poważnie, tak żeby starczyło za resztę świata. skończymy nad ranem, wspominając bezsilność terapeutów, jedząc kiwi ze skórką, popijając ciepłym wygazowanym piwem.
o czternastej odpalimy pierwszego papierosa i będzie nam głupio, bo przecież nawet się nie znany.
.
ta pogoda nie jest bezpieczna. próbuję naświetlać się kolorofonem, próbuję nie trzeźwieć, próbuję nie cytować świelickiego, kiedy udaje mi się nie trzeźwieć. jestem potencjalną terrorystką w walce o nowy romantyzm. niech nastanie już.
jestem w miejscu bez migren i choc nie mam migreny w miejscu bez migren wszystko wzrusza mnie do tego stopnia, do stopnia w ktorym gil leci mi do doskonalej kawy (jestem w miejscu bez kwasnych kaw) i mocniej niz zazwyczaj kosmiczna doskonalosc daje mi odczuc ten caly gotyk we mnie, cale zycie bez wow.
jestem w miejscu z tygodniową migreną i trzydniową grypą (każde przeziębienie kończy się tu grypą, co bezsprzecznie świadczy o tym, że mam raka).
spędzam dłuższe przed lustrem, zakladam coraz krotsze, kupuje droższe, upijam bardziej, wciągam pieprz cayenne. prawie mam prawiedystans.
lubię poranki. wymuszone poranki kiedy wspołlokatorka wyciąga mnie za nogę z łóżka, białe śniadania rozpuszczane w kieliszku do wódki, popijane mocną herbatą, poranne mdłości i popołudniowa euforia.
międzyczas. poznałam mężczyznę idealnego: rano wstał, pomył mi brudne naczynia i odleciał na drugi koniec świata. żadnych wieści niepotrzebnych, a ja, uprzedzając mój zimowy sentymentalizm, naprawiłam sobie zmywarkę.
w dniu swoich osmych urodzin siedzę w pracy, piję sok bananowy a zbyszek wodecki czyta mi przez ramię. nie socjalizuję się, chyba że skończą mi się papierosy.
w przeddzień swoich ósmych urodzin zrobiłam pranie, pobawiłam się z kotem a kiedy przyszli goście połknęłam dwa xanaxy, bo nie mogłam już więcej siebie znieść.
teraz skończył mi się sok bananowy, przeliterować ci słowo frustracja?
jest zbyt dobrze, co jest zgaduję wstępem do jakiegoś większego melodramatu.
powoli to wszysko ogarniam. próbuję nawet siłą woli umyć naczynia w których kwitnie pleśń. nie gram już w bubble 10 godzin dziennie. noszę stanik. jem. mniej czerwienię się, a rano przed pracą (pracą!) nakładam szpachelką korektor pod oczy. szef mnie lubi mimo że palę w pracy trawkę. może być lepiej?
jestem trupem towarzyskim. jestem moim nieustającym egzystencjalnym lamentem zagłuszanym coraz skuteczniej chrapaniem, moje jestem jest głównie nad ranem. konsekwentnie odmawiam licząc się ze wszystkimi konsekwencjami braku okazji do odmowy. ale póki mam okazję odmawiam zrobienia sobie prania.
póki co. czekam na lepsze okazje.
to nie jest dorosłość, to poczekalnia właśnie. niedługo to wszystko wróci, chłopcy będą pijani i mili, ksiązki dobre i krótkie, trawa zielona, znasz to przecież.
rozklejam się, rozmieniam się, pozbywam się marzeń z wieku rosnących piersi, o byciu zimną rybą, wzruszam się losem ludzi na których widok zwyczajowo mam mdłości i pozwalam nasrać sobie na wycieraczkę po raz drugi, z entuzjazmem. nie jestem zimną rybą, jestem karpiem świątecznym, pech.
podróżuję głównie do ubikacji, mam piękny widok z okna na okna, stałe łącze, zapas wody na wypadek katastrofy nuklearnej bądź psychicznej katastrofy, paczke mocnych, okopy, zasieki, opłacony abonament, koronę cierniową, brzydkie słowa oraz whisky. świat nie ma mi nic do zaoferowania za wyjątkiem kolejnego rycerza bez konia, więc ja tu zostanę i ja tu umrę, w najgorszym wypadku zostanę poetką, gorszą nawet od wojaczka, stachury i pawlikowskiej jasnorzewskiej, razem wziętych.
(cierpienie jest moją radością)